Supełek wełnianej czapeczki.
Niania na drutach:
oczko lewe oczko prawe
i nieletniej długości szalik.

Do koniczyny mówiliśmy po imieniu.
Pagórki. Lekko rozchylone kolana gór.
Wtedy jeszcze poza ozdobnymi ramami.
Teraz w muzeum w Krynicy Zdrój.

Potem pierwszy węzeł krawata.
Marynarski. Płaski.
Kiedy wypływaliśmy z portów
wprost do urzedu stanu cywilnego.

Kapłani rzymscy
wróżyli nam z błyskawic.
Węzeł małżeński nas oślepił
kiedy wyruszaliśmy w poślubną podróż.

Teraz jesteśmy
kłębkiem nici.
Splotem kordonków.
Neurozą nieustępliwego losu.

I wreszcie pętla.

Pętla umierająca na naszych szyjach.


Te 
które podajemy
do dymisji.

Te
które nam się podają
za ręce.

Te
którymi mocno trzymamy się
za głowę.

Wszystkie
które dają nam
wolną rękę
przy wyborze decyzji.

Te
które wymykają się
z rąk.

Ręce
na których zawsze można polegać
jak na poległych.