Przeliterujmy to jeszcze raz. Ty i ja.
L jak leworęczny anioł
po naszej prawej stronie. Szlifierz błękitu.

M jak zbity z tropu myśliwy
filologii. Przystanek las.
Nieodwołalna końcówka zdania.

S jak: Wszystko co nam się przydarzyło
to coś odwrotnego.
Tobie i mnie.


Supełek wełnianej czapeczki.
Niania na drutach:
oczko lewe oczko prawe
i nieletniej długości szalik.

Do koniczyny mówiliśmy po imieniu.
Pagórki. Lekko rozchylone kolana gór.
Wtedy jeszcze poza ozdobnymi ramami.
Teraz w muzeum w Krynicy Zdrój.

Potem pierwszy węzeł krawata.
Marynarski. Płaski.
Kiedy wypływaliśmy z portów
wprost do urzedu stanu cywilnego.

Kapłani rzymscy
wróżyli nam z błyskawic.
Węzeł małżeński nas oślepił
kiedy wyruszaliśmy w poślubną podróż.

Teraz jesteśmy
kłębkiem nici.
Splotem kordonków.
Neurozą nieustępliwego losu.

I wreszcie pętla.

Pętla umierająca na naszych szyjach.